|
Ponieważ na tej stronie chcę się chwalić i pisać o tym, co ważne, udane i dobre
w moim życiu, więc, Drogi Czytelniku, proszę traktuj te wyznania z lekkim
przymrużeniem oka. W innym przypadku uznasz mnie za narcyza i chwalipiętę.
Urodziłem się 4 maja 1971r. w Knurowie jako pierworodny syn Teresy i Alberta
Mycielskich. Tata twierdzi, że mamy szlacheckie korzenie. Faktycznie do dzisiaj żyją hrabiowie Mycielscy herbu Dołęga. Na razie nie udało nam się znaleźć wspólnych korzeni, ale kto wie...
Od urodzenia przez 9 lat mieszkałem w Ornontowicach przy ul.
Bujakowskiej w domu mojej babci Dity.
Ponieważ nasz dom był położony blisko
dość ruchliwej ulicy, już w bardzo młodych latach ujawniło się moje zamiłowanie
do wszelkich statystyk i podsumowań. Kiedy byłem chory, siadałem w oknie i
zapisywałem na kartce wszystkie przejeżdżające samochody. Stan polskiej
motoryzacji lat 70-ych niech odzwierciedla fakt, że jedną z pozycji na mojej
liście stanowiły samochody zagraniczne bez podziału na marki, gdyż było ich tak
niewiele.
Moje dzieciństwo nie było nudne: dwójka rodzeństwa, często zajmująca się nami
babcia Marysia, a także dziadek Antek, z którym rąbaliśmy drzewo (stare palety
z huty szkła) albo budowaliśmy szopkę (nie bożonarodzeniową) na ogródku.
Z powodu tylu zajęć i osób do towarzystwa nie musiałem chodzić do przedszkola, dopiero w
wieku 6 lat poszedłem do zerówki przy Szkole Podstawowej nr 2 w Orzeszu.
Tam uczyła polskiego moja mama. Zalety i wady takiego układu znają wszystkie
nauczycielskie dzieci.
Od pierwszej klasy podstawówki najbardziej lubiłem matematykę, choć zdarzyła się
nauczycielka, która nie uprzyjemniała mi specjalnie tego przedmiotu. Z innymi
przedmiotami też nie miałem problemów. Jedynie biologia zepsuła mi trochę średnią
(z tego, co pamiętam).
W okresie nauki w podstawówce ujawniały się już moje pierwsze talenty i to nie
tylko zdolności do nauk ścisłych. Na koloniach wygrywałem konkursy recytatorskie,
śpiewacze i sportowe.
Kiedy niedawno moja żona poprosiła mnie o wymienienie największych sukcesów,
osiągnięć mojego życia, które pamiętam do dzisiaj, to przypomina mi się bieg
sztafetowy szkół podstawowych 1 maja 1986 roku. Był to dzień, w którym
dowiedzieliśmy się o awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Rano poszedłem do
ośrodka zdrowia wypić płyn Lugolla, a potem biegłem na ostatniej zmianie sztafety.
Nasza szkoła przed tą zmianą była na 2 miejscu, ale ja, ówczesny wspaniały
średniodystansowiec, wyprowadziłem nas po przebiegnięciu 400m na pierwsze miejsce.
Na mecie trochę straciłem świadomość, ponieważ dałem z siebie wszystko. Nie
wiadomo, jaki wpływ miało na mój sukces promieniowanie zza wschodniej granicy.
13 marca 1981 roku przeprowadziliśmy się do Orzesza do jednego z sześciu w mieście
bloków przy rynku. Odtąd chwaliłem się moim miastem i miałem wiele powodów do tej
chluby. Z dumą opowiadałem wszystkim o 10 szkołach podstawowych, jedynym w Polsce
skrzyżowaniu torów kolejowych pod kątem prostym, czy pięciu dworcach kolejowych.
Od czwartej albo piątej klasy byłem ministrantem. Bardzo podobało mi się służenie
przy ołtarzu, a dla wielu był to już pretekst do mówienia, że "Mariusz to na pewno
pójdzie na księdza".
W 1986 roku zdałem do Technikum Górniczego w Tychach, gdzie przez 5 lat robiono
ze mnie automatyka-elektronika. Przy okazji nauczyłem się naprawiać telewizory,
lutować, trochę czasu spędziłem "na dole" kopalni, skąd zawsze wspominam
specyficzną kulturę górników, którzy na przykład wołali "k...a, Szczęść Boże nie
umiesz powiedzieć!"
Po skończeniu podstawówki zacząłem chodzić na oazę w naszej parafii. Zawsze była
to mocna grupa kilkudziesięciu osób, niezależnie od księdza wikarego, który
akurat był na parafii. Po kilku latach zostałem tam animatorem muzycznym.
W okresie średniej szkoły w bardzo różny sposób spędzałem wakacje. Były to
rekolekcje oazowe w Beskidach, piesze pielgrzymki, spływy kajakowe na Pojezierzu Augustowskim
prowadzone przez mojego tatę czy mazurskie rejsy żaglówką pod dowództwem Markusa,
kolegi z technikum. Dzięki Jackowi, ówczesnemu klerykowi, pokochałem Tatry.
W drugim dniu pobytu w Zakopanym wspięliśmy się na Rysy!
Jeszcze od czasów podstawówki (rok 1983) słuchałem listy przebojów Trójki. To była
moja największa pasja. Zbieranie wszystkich notowań, robienie podsumowań,
przepisywanie całej listy od nowa, to było to, co lubiłem najbardziej. Z LP3
rozstałem się wtedy, gdy została przeniesiona z soboty na piątek, a wtedy
odbywały się nasze oazowe spotkania.
Po zdaniu matury zastanawiałem się nad studiami ekonomicznymi ze względu na
zainteresowanie statystyką i matematyką. Ostatecznie jednak wybrałem informatykę
na Politechnice Śląskiej. Komputery były już wtedy moją pasją od kilku lat.
Niestety nigdy nie było mnie stać na kupienie wymarzonego Atarii 800. Śledziłem
ostatnią stronę każdego numeru "Bajtka", ale ceny mojego wymarzonego komputera
ciągle szły w górę. Pozostawało mi pisanie na papierze programów w BASIC'u i
wklepywanie ich potem u uprzejmych kolegów.
Początek studiów był dla mnie pewnym szokiem. Przede wszystkim ze względu na oceny
(skończyły się piątki i czwórki) i ilość materiału omawianą na jednym wykładzie
(jakieś pół roku matematyki ze szkoły średniej). Mieszkanie w akademiku było
bardzo pomocne w przygotowaniu do egzaminów czy zajęć, gdyż rozwiązania niektórych
zadań silna grupa pod wezwaniem znajdowała czasami nad ranem. Po skończeniu I roku
studiów przy znacznym współudziale rodziców kupiłem mojego pierwszego peceta (386SX
25MHz, bez dysku twardego, 1MB RAM).
Jeszcze przed studiami bardzo lubiłem rozwiązywać wszelkie łamigłówki, zadania
umieszczane w gazetach. W 1992 roku "Gazeta Wyborcza" i "Wiedza i Życie"
zorganizowały I Mistrzostwa Polski w Rozwiązywaniu Łamigłówek. Wysłałem
rozwiązania zadań eliminacyjnych i zakwalifikowałem się do ścisłego finału,
który odbył się w Warszawie. Tam zająłem 9 miejsce! Niestety tylko pierwszych
czterech zawodników jechało na Mistrzostwa Świata. Jak dotychczas było to moje
największe osiągnięcie na zawodach o zasięgu ogólnokrajowym.
Po skończeniu studiów razem z moją kochaną Niną wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy, posłuszni
radzie dawanej mi przez lata przez rodziców ("Chłopcy, tylko ożeńcie się na chałpę"),
w Świerklańcu, bardzo spokojnej, otoczonej lasami miejscowości z dużym parkiem
i zalewem, w którym w lecie można się kąpać.
Od skończenia studiów pracuję w firmie geodezyjnej, piszę programy oraz zajmuję się
systemami informacji przestrzennej (GIS). Podążając za najnowszymi światowymi trendami
pracuję na odległość w domu.
|